mały lew

Wczoraj Anton miał swój pierwszy bal karnawałowy:) Tematyka zwierzęca, więc pojawił się lew:) Wybór był raczej oczywisty aż pożałowałam, że włosy ma obcięte 😉

DSC_0023

O balach kostiumowych myślałam już od dawna a oczami wyobraźni widziałam, jak te kostiumy tworze (szczęśliwie dla Syna, kostium robiły zdolniejsze ręce). Mam nadzieję, że moje Dzieci wykażą się większą kreatywnością niż ja w ich wieku. Ja zawsze byłam księżniczka!! I raz krakowianką ( ten strój krakowianki. stał się już reliktem w mojej rodzinie, nie zdziwię się, jak Jagoda też w nim kiedyś wystąpi). Gdy byłam starsza zachwycałam się strojami koleżanek z czasów przedszkolnych, gdy były Czerwonymi Kapturkami, Gwiazdkami, Muchomorkami a ja zawsze tylko tą księżniczką!! Pamiętam jak jednego roku zażyczyłam sobie być księżniczką w welonie mojej cioci! I byłam księżniczką w welonie. Przetłumaczyć  mi nie szło!

Anton bawił się bardzo dobrze, w końcu taniec to Jego żywioł 😉  Pierwszy bal zaliczony na 100%:)

DSC_0008DSC_0026DSC_0029

DSC_0018

 

Tor skłania do myślenia:)

W piątek był u nas orkan Tor. W piątek byliśmy w Alesund u lekarza z Jagodą. W trakcie orkanu. A w drodze powrotnej czekaliśmy 5 godzin w porcie po drugiej stronie fiordu. Pięć godzin w aucie. Za oknem wichura i ciemno, w środku dzieciarnia słodko śpi. Człowiek maa czas na przemyślenia:)

W kolejce do lekarza jeszcze w Molde spotkałam kolegę z żoną i synkiem. Na trzecie dziecko czekają. Trzecie!!! W przeciągu trzech lat. I do Stanów się przeprowadzają bo tu im jakoś nie idzie. I uśmiechnięci tacy, zadowoleni, szczęśliwi. I wcale nie jacyś kasiaści, wcale nie na wysokich stołkach, on po norwesku to kilka zdań potrafi. A tacy radośni:) I tak w trakcie tych 5 godzin sobie myślałam o szczęściu…Że są tacy ludzie co się cieszą całym światem, piątkowym wieczorem, wschodem słońca, świeżym chlebem na śniadanie. Proste przyjemności. Są ludzi, których nic nie ciesz – pełne konto w banku, nieprzypalony obiad, czy mąż co szybciej z pracy wrócił. Nieszczęśliwi są cały dzień i nieszczęśliwi idą spać. I po co?

Tak sobie umyśliłam, że najważniejsze by to szczęście nosić w sobie. Cieszyć się małymi rzeczami, doceniać to co się ma. Bo jak smutni jesteśmy w środku to żadne zakupy, wycieczka ani człowiek nie uczynią nas szczęśliwymi. A zamiast jączyć nad swoim losem, wart wziąć go w swoje ręce i ustawić na właściwy tor. O taki rozkminki, gdy za oknem szalał Tor:)

 

 

 

chorujemy

Coś mi nie idzie tej zimy. Ogólnie to od jesieni mi nie idzie…ze zdrowiem Nam nie po drodze. Antonio od czwartku w domu, bo w przedszkolu zwymiotował. W sobotę przyplątała się gorączka i posiedziała z Nami trzy dni. A od wczoraj pokasłuje! Jaga ledwo odpoczęła od inhalatora a tu stan podgorączkowy i  tez pokasływać w noc zaczęła. Mi z nosa leci i w kościach łamie…Od razu przed oczami  mam tą reklamę: Alicjo, pobaw się dziś sama.Mama potrzebuje dnia wolnego :p A w tym wszystkim humory dopisują w najlepsze.

Ostatnio mi się przypomniało jak chorowałam w dzieciństwie. Całe dnie w dresikach, do południa w rozkopanej pościeli przytarganej do pokoju z telewizorem i video!!! No to video to mi się głównie z chorobą kojarzy! Chipmanki i kucyki pony do zmordowania oglądałam. Jak kiedyś zachorowałam u Babci odkryłam Przeminęło z wiatrem…nowa era dla mnie wtedy nastała. Z tej ekscytacji wypieków dostałam a Babcia w panice, że ja taką gorączkę mam. Mało wtedy z tego filmu rozumiałam, ale jestem jedyną sobie znaną dwunastolatką, która bawiła się w Scarlett i Reda:) I pamiętam mamę, która jakaś bardziej cierpliwa wtedy była:) Temperaturę zawsze ustami przy czole sprawdzała, termometrem rzadko. I czekoladowe Grześki i budyń pamiętam. Lubiłam chorować jako dziecko:)

Po tej stronie barykady już mi się tak nie podoba! Niby przeziębienie, takie tam nic, a ja łażę w nocy od dziecka do dziecka. Czy temperatura, czy się nie rozkopał, może pić potrzeba! W ciągu dnia a banana, a jogurt, a pić musisz! I gapię się na nich i obserwuję, czy aby nie gorzej! A w dupie z takim chorowaniem! Ta strona barykady zupełnie mi się nie podoba!

DSC_0018 (4)DSC_0048DSC_0060DSC_0061DSC_0066DSC_0002 (3)

 

 

czytam, bo lubię

Ostatnio miałam z Babcią spięcie ( nie pierwsze i nie ostatnie;) ). Otóż Babcia mija nie mogła pojąć jak ja mogę ( śmiem ;p) stawiać czas spędzony z książką nad…sprzątanie!! No jak ja spokojnie mogę sobie czytać książki jakieś, jak np: naczynia ze zlewu wyłażą? A no jakoś mnie to w oczy nie kujeJ Czytać lubię bardzo, potrafię powieść „łyknąć” w tempie ekspresowym. Lubię, gdy bohaterowie budzą moje emocje, gdy myślę o akcji, a książka siedzi we mnie nawet po przeczytaniu. A jak już znajdę taką co mnie wciągnie to nawet jest nie odkurzone. Sorry, Babcia 🙂

Jesień i zima czytaniu sprzyjają. Kanapa, książka, kakao i kocyk ( 4k i wieczór jak marzenie). Taaaa….z dwójką Maluchów to  ja sobie mogę takie wieczory wspominać jedynie. Ale źle też nie jest! Dzieci mają się dobrze ( czasem tylko lekko głodne….żarcik, oczywiście) i czytanie moje też ma się dobrze.

Co czytam? Powieści ( standardzie;) ), pamiętniki/dzieniki/biografie. Jeśli akcja książki toczy się w pierwszej połowie XX wieku, jeśli są jakieś zagadki/dochodzenia, lub jest to książka obyczajowa z czasów około II wojny światowej, najprawdopodobniej mi się spodoba 😀 Lubię też wracać do książek, które czytałam wcześniej.

W ostatnim czasie przeczytałam:

  • Trylogię Paulliny Simons – Jeździec miedziany, Tatiana i Aleksander oraz Ogród letni.Początek wojny między Niemcami i Rosją. Oblężony Leningrad, dylematy moralne, miłość do siostry i do mężczyzny, ochy i achy, ale wciąga jak diabli! Przeczytałam w półtora tygodnia, no oderwać się nie mogłam. Jak mnie Tatiana czasem wkurzała, to miałam ochotę wejść w tą książkę i kopów jej nasadzić! Pierwsza część najlepsza moim zdaniem.
  • Magda Goebbels. Pierwsza dama Trzeciej Rzeszy – zawsze mnie zastanawiało, co ta kobieta w głowie miała zabijając swoje dzieci. No cóż, na moje oko to za dużo w tej głowie nie miała. Książka szła mi dość opornie, niechęć do tej pani zniechęcała mnie do czytania. Jednak myślę, że warto przeczytać, żeby jeszcze raz się przekonać jak sprane berety mieli ludzie w tamtych czasach.
  • Biała wilczyca Theresy Revay – to akurat książka do której wróciła, lubię ją. Tu dla odmiany akcja na początku wieku. Rosja, bolszewicy, zdeptane marzenia, skrócone dzieciństwo i przyśpieczony kurs odpowiedzialności. Przyjemna powieść taka w sam raz na jesień. Jest też druga część Wszystkie marzenia świata – już troszkę inny styl, akcja przenosi się za Ocean, ale fajnie dopełnia dzieje Soni.
  • Miniaturzystka Jassie  Burton – wszystko fajnie, ale po przeczytaniu jedyne, co miałam w głowie to „wtf?” Akcja całkiem, całkiem. Mamy XVII wiek w Amsterdamie, zagadki, niedopowiedzenia i…klops! Urywa się wszystko ni w oko ni w ząb. Skąd, po co, dlaczego! Trójka bohaterów zawija tabołki, jedzie na wieś i żyje sobie dalej! Takie tam czytadło mim zdaniem.
  •  Świadectwo skazanych na śmierć – sześćdziesiąt lat później Pia-Kristina Garde. Czytam. To jest pozycja, którą każdy powinien przeczytać! Jestem też zdania, ze każdy powinien chociaż raz w życiu pojechać do Auschwitz. Żeby przemyśleć swoje życie, spokornieć i docenić co mamy. Czytanie idzie mi ciężko, wyobraźnia wchodzi na wyższy level, a czytanie przed snem to już katastrofa! Szacunek i podziw dla pani Pia-Kristiny. Trud włożony w napisanie tej książki był ogromny. Po przeczytaniu Swiadectwa skazanych na świerć, która ukazałą się w Szwecji w latach 40. Autorka tej książki postanawia odnaleźć bohaterów i  przeprowadzić z Nimi ponownie wywiady. Przerażający obraz obozów ( tak jakby mógłby być inny?), kalectwo na ciele i duszy do końca życia. Bardzo bym chciała znaleźć też pierwowzór. Pozycję polecam bardzo.

DSC_0019 (2).JPG

dom…

Gdy miałam 19 lat wyprowadziłam się z domu do Gdańska. Na studia. Mieszkałam w wielu miejscach – pokój, z którego właściciel wyrzucił mnie i koleżanki w środku nocy, mała kliteczka, gdzie mogłam grzebać w lodówce nie wychodząc z łóżka, znów pokój w mieszkaniu pewnej starszej pani, której rozrywkowe wnuki zrzucali winę za wszelkie zło na mnie i koleżankę:) Sporo tego było przez studenckie lata, ale ja nie o tym…Ja o domu!!

Mój jedyny rodzinny jest tam, na Matejki! Tam, gdzie pewne rzeczy nie zmieniły się od prawie 30 lat a inne zmieniają się co sezon! Gdzie znam każdą trzeszczącą deskę, każdy kąt. Gdzie zawsze uciekałam, gdy było mi źle, gdzie lecę ( dosłownie i w przenośni ) jak na skrzydłach, mimo 2 tysięcy kilometrów, które nas dzielą. Poza tym domem rodzinnym żyję już 11 lat, a nadal jest tam mój pokój, moje książki. Gdy trzeba odświeżyć kolor na ścianach, dzwoni do mnie Tata i pyta, jaki chcę kolor. Miło:)

Teraz, gdy sama jestem mamą staram się stworzyć jak najcieplejszy dom dla naszych dzieci. Najpiękniejszy dla Nas. Póki co wynajęty, taki nie do końca  Nasz, ale pełen śmiechu, chaosu i wesołych pisków.

Dom to miejsce, w którym spędzamy dużo czasu, gdzie powstają wspomnienia. Dom to duża część mnie, to tło mojego dzieciństwa. Myślę, że nie ważne (ok, nie najważniejsze), gdzie ten dom stoi i jak jest pokaźny. Ważne z kim go dzielimy i jakim go tworzymy.

DSC_0173DSC_0113DSC_0096

 

new year…new me (!?)

Wstęp 1)

Lubiłam wchodzić w Nowy Rok z przytupem. Pół grudnia schodziło mi na obmyślaniu postanowień, czasem nawet postanowienia z czerwca czekały na noworoczny początek. No i musiało być z przytupem, nie tam żadne pitu pitu! Hurra! rzuca palenie! Hurra, odchudzam się! Hurra, zaczynam zdrowo jeść, uczyć się hiszpańskiego/francuskiego/włoskiego ( yes, I did!), zmieniam pracę/ styl/ fryzurę….moje ulubione – hurra! będę wegetarianką…a w drodze z noworocznej imprezy, zapomniałam o postanowieniu i zaszłam do maka 😉 Jakoś opornie szło mi wytrwanie w tych noworocznych postanowieniach. Pod koniec stycznia już nawet nie udawałam, że cokolwiek z nich będzie. Ekspresowo i z rozmachem, nigdy nie doprowadzane do końca….

Wstęp 2)

Mam na imię Kamila i jestem cholerykiem! Sama sobie mam ochotę strzelić między oczy! Jestem wybuchowa  i w gorącej wodzie kąpana, często ponoszą mnie emocje i mówię o wiele więcej niż powinnam! Katalizatorem tego wszystkiego jest mój mąż ( konkubentem też nazywany, bo ślubu nie mamy…ale w wieku 30 lat mówić “mój chłopak” o ojcu moich dzieci to tak głupio trochę 😉 ). Bierze chłopak (sic!) wszystko dzielnie na klatę i wysłuchuje. Bywa, że mamy stracie gigantów. Bywa, że usłyszy ode mnie coś przykrego ( czego już w chwili wypowiadania, żałuję). Bywa…

Podsumowanie 🙂

W tym roku nie będzie z przytupem ani z rozmachem…w tym roku obiecałam sobie pracować nad sobą!! Nie lubię chodzić na łatwiznę! Lubię czas sama ze sobą ( choć nie pamiętam kiedy takowy miałam), lubię czas z moją rodziną! Bardzo cenne są dla mnie te chwile – szalejący Antek, śmiejący się Sebastian, Jagoda tak ciekawa świata, że aż się trzęsie, żeby ją nosić/sadzać/pokazywać. Bardzo cenny jest dla mnie rozwój osobisty, uczenie się i poznawanie nowych rzeczy. Nie chcę psuć tych chwil negatywnymi emocjami, poczuciem musu i obowiązku. Postanowiłam sobie kilka rzeczy, mamy pewne pomysły i plany, ale bez ciśnienia!

New year, new me – nie do końca:) Jestem szczęśliwa, lubię siebie, więc może…new year, better me:)

DSC_0173DSC_0020DSC_0176DSC_0157